Translate this site:

RSS
niedziela, 26 lipca 2009


(22.07)




(21.07)


piątek, 17 lipca 2009

(17.07) Jak to bywa podczas powrotow albo nie ma czasu albo energii na pisanie, wiec na razie bez tekstu.






(13.07) Na razie tylko zdjecıa




niedziela, 12 lipca 2009
(12.07) Po dotarciu do Damaszku, najdalej wysunietego na poludnie punktu wyprawy, otrzymalismy przykra wiadomosc, ktora spowodowala, ze musielismy podjac trudna dla nas decyzje. Bardzo chcielibysmy razem kontynuowac podroz na Kaukaz, jednak Aldona musi pilnie wrocic do Polski. Dzis w nocy odwioze ja na lotnisko w Damaszku, a sam rozpoczne powrot w miare najkrotsza droga do domu.
Czeka mnie dosyc dlugi przejazd, wiec postaram sie zasilac dalej bloga, moze bardziej skrotowymi relacjami.
Wrzucamy dzisiejsze fotki z Damaszku.

Widocznie Kaukaz musi poczekac na trzecie podejscie.
Z tytulowego planu udalo nam sie dotrzec na randke do Syrii, za co serdecznie dziekujemy wszystkim, ktorzy nas wspomogli.




(11.07) Krak - Damaszek
sobota, 11 lipca 2009


(10.07) Aleppo - Crak de Chevaliere
czwartek, 09 lipca 2009


(09.07) Dzisiejszy dzien to zwiedzanie Aleppo bez motocykla. Cytadela, muzeum, meczety, targ to tylko namiastka tego co widzielismy. Opowiemy jak wrocimy...




(08.07) Obsluga restauracji zaczela przygotowywac sale do wesela, wiec szybko sie zebralismy i pojechalismy na sniadanie na plaze. Po krotkiej jezdzie przy bardzo silnym bocznym wietrze dotarlismy na granice syryjska (Bab Al-Hawa). Dzieki usmiechowi Aldony nie zaplacilismy zadnej lapowki, a cala skomplikowana procedura przebiegla bardzo szybko. Przy wjezdzie stan licznika wyprawy przekroczyl 4000km. Syria przywitala nas upalem (45 stopni) i szalonym ruchem na drogach. Pocieszeniem jest to, ze od ostatniej wizyty Kuby kursy walut i cena paliwa nie zmieniy sie. W Aleppo zatrzymalismy sie w hotelu, w ktorym cena za pokoj to kilka dolarow. Kuba nie mogl zaparkowac motocyklu na pobliskim parkingu (motorow juz tam nie przyjmuja) i ostatecznie Trampek nocowal w holu hotelu. Wieczorem wybralismy sie na spacer po waskich i tetniacych zyciem uliczkach starego miasta. Zewszad otaczaly nas intensywne zapachy przypraw, przyrzadzanych potraw i sziszy. Trudno jest wtopic sie w tlum w towarzysztwie blondynki (nawet gdy ma zakryte wlosy), gdyz wszystkie oczy wodza za nia. Czulem sie troche jak bodyguard. Dzien zakonczylismy wizyta u golarza "Filipa" ktory odmladza brzytwa.





(07.07) Ahmedowi zostawilismy stara opone i ruszylismy na poludnie - kierunek Adana. Zegnajac Kapadocje obiecalismy sobie, ze tu jeszcze wrocimy.  Przejazdowi przez piekne pasmo gorskie Bolkar Daglari towarzyszyly nam burze. Na stacjach benzynowych czestowano nas herbatkami i podziwiano motor. Gdy dojechalismy na wybrzeze Morza Srodziemnego w okolice Iskenderum zaczelismy sie rozgladac za ciekawym miejscem na rozbicie namiotu. Po dlugim wypatrywaniu wolnej przestrzeni ostatecznie zapytalismy w miescie o camping. Grupka mlodziezy, ktora nam udzielala informacji prowadzila protest przeciw efektowi cieplarnianemu. Zlozylismy podpisy na liscie i pognalismy we wskazanym przez nich kierunku. Na miejscu okazalo sie, ze campingu jako takiego nie ma, ale mozemy za darmo rozstawic namiot na sali weselnej restauracji. Wykapalismy sie w morzu przy rytmach pobliskiej dyskoteki i pojechalismy do centrum na koncert z okazji zakonczenia festiwalu kulturalnego. Wsrod atrakcji byly m.in. pokazy regionalnych tancow i parada uliczna.


poniedziałek, 06 lipca 2009


(06.07) Dzisiaj zatracilismy sie w KAPADOCJI...






(05.07) Kapadocja tak nam sie spodobala ze postanowilismy tu zostac jeszcze dwie noce, i w tym celu pojechalismy szukac campingu. Po krotkim rekonesansie wybralismy najtansza wersje w malowniczej miejscowosci Goreme. Plusem tego campingu,jest widok na miasteczko i otaczajace je formacje skalne, ktore zwlaszcza o zachodzie wygladaja bajkowo. Naszymi sasiadami sa Niemcy na motocyklach i w kamperze oraz para australijska odbywajaca 2-letnia podroz do domu na rowerach. Dzien potraktowalismy jako porzadkowo-serwisowy. Aldona zrobila pranie i generalne porzadki w kufrach, a musialem juz wymienic przednia opone, gdyz niedlugo jechalibysmy na detce. Rozmieszylo nas pytanie Niemcow "dlaczego nie pojedzie do miasta do mechanika". W polowie pracy jak zwykle na naszym wyjezdzie przyszla ulewa i kazdy gdzies uciekl: Niemcy z piwkiem do kampera, Aldona z ksiazka do namiotu, a ja z rozbebeszonym kolem do pralni.




(04.07) Za Ankara zjechalismy na boczna droge i zafundowalismy sobie kilkadziesiat kilometrow szutru. Kuba dzielnie utrzymywal nasza ciezarowke w pionie. Gdy przystanelismy w cieniu obok fabryki farb goscinny stroz zaprosil nad do ogrodka, poczestowal woda i arbuzem. W ciagu kilku minut zdazyl opowiedziec nam lamanym niemieckim historie swojego zycia. Po wjechaniu do siedziby Flinstonow (miasteczko Uchisar w Kapadocji) pozwolono nam rozbic sie pod jednym ze stozkowych kamiennych domkow hotelu 1001 nocy. Z restauracji dochodzila muzyka miejscowych grajkow, ktora utulila nas do snu.





(03.07) Po duzo spokojniejszej nocy udalismy sie na sniadanie na taras, gdzie nie moglismy uslyszec wlasnych mysli, zagluszanych przez odglosy mlota pneumatycznego rozbijajacego ulice. Pakujac motor spotkalismy Agnieszke i Pawla, ktorzy wracali z podrozy poslubnej po Gruzji i Turcji. Obdarowali nas cennymi informacjami i przewodnikiem. Wjazd do Azji przez most nad ciesnina Bosfor zasponsorowal nam turecki motocyklista. Przed zmierzchem dojechalismy do postoju przy osrodku wypoczynkowym polozonym na 1500 m n.p.m. Goscily tam dwie, jak wywnioskowalismy, znane druzyny pilkarskie, a jednym z gosci byla prawdopodobnie jakas szycha rzadowa eskortowana przez zandamerie. Bardzo trudno bylo uzyskac zgode na rozbicie namiotu przed osrodkiem, ale jedna z gwiazd futbolu rozdajaca autografy stanela po naszej stronie i manager nie mial wyjscia. Doklanie po skonczeniu kolacji rozpetala sie burza.


piątek, 03 lipca 2009


(02.07) Ten dzien zaczal sie dla Kuby bardzo wczesnie. Pomimo braku drabinki na pietrowym lozku znalazl sily by dotrzec do muszli i oddac jej wszystko co kryl w sobie. Te usciski trwaly prawie cala noc. Trzeba bylo powolac sztab kryzysowy: wegiel, rumianek itp. W czasie gdy Kuba odsypial Aldona zdazyla zwiedzic stare miasto, zgubic sie na Wielkim Targu, odnalezc sie, otrzymac kilka propozycji matrymonialnych i wciagnac sie w lekture "Dobrych miejsc do umierania". Dalsza czesc dnia przeznaczona byla na wspolna walke z goraczka i skutkami zatrucia. Bardzo pomocne byly tego dnia panie sprzataczki (jedna z nich okazala sie gruzinka), ktore przemycaly dla nas goraca wode. To wszystko spowodowalo, ze nie skorzystalismy z zaproszenia na jacht, a nasz pobyt w hostelu przedluzyl sie o jeden dzien.
Zdecydowalismy rowniez o zmianie kierunku trasy i najpierw zmierzamy do Syrii przez Kapadocje, a dopiero pozniej sprobujemy dojechac na Kaukaz.


(01.07) Dzisiaj nie obudzilo nas slonce, gdyz drzewa dawaly przyjemny cien. Poranna gimnastyke przerwaly nam dobiegajace zza gorki dzwonki owiec. Pasterz tak zdziwil sie na nasz widok, ze po chwili przybiegl by nas obserwowac. Jako prezent wreczyl nam dorodnego arbuza, a Aldona w ramach wymiany oddala mu moje ostatnie piwo. Chlop byl tak spragniony, ze wypil je na miejscu. Wrocilismy na autostrade kierujac sie w strone granicy tureckiej. Na ostatniej stacji benzynowej spotkalismy dwoch sympatycznych tureckich motocyklistow, ktorzy wlasnie ciagneli sobie sprzety z Niemiec. Towarzyszyli nam przez cale przejscie, ktore poszlo bardzo gladko, a na koncu jeden z nich zaprosil nas na jacht. W Stambule zakwaterowalismy sie w hostelu w poblizu Blekitnego Meczetu w pokoju 34-osobowym (niezly kolchoz, ale to byla najtansza opcja). Po rozlokowaniu sie poszlismy zwiedzac miasto i wzbudzilismy niezly ubaw miejscowych i turystow konsumujac lyzkami arbuza przy obeliskach. Potem swoje kroki skierowalismy w strone Blekitnego Meczetu i zaczelismy sie szwendac ogladajac inne ciekawe zabytki. Dzien skonczylismy przy internecie, gdzie dowiedzielismy sie o problemach z naszym blogiem.


środa, 01 lipca 2009


(30.06) Rano z namiotu wygonil nas upal. Do Bulgarii wjechalismy przez bardzo wysoki i stary most nad Dunajem. Sniadanie zjedlismy dopiero na ulicy pierwszego mniejszego miasteczka, ktore stanem zapuszczenia przebijalo ukrainskie. Upal i niedospanie sklonily nas do przyjemnej drzemki na polanie w towarzystwie koni. Droga, ktora chcielismy przejechac do srodkowej Bulgarii okazalo sie zamknieta. Objazd to super kreta droga (Planina), aczkolwiek bardzo atrakcyjna widokowo. Zeby nie bylo zbyt pieknie zatankowane paliwo bylo mocno ochrzczone i trampkus ledwo wlekl sie pod gore. Remontowana droga, ktora postanowilismy skrocic sobie trase zawiodla nas do wymarlej wioski, gdzie zyli tylko starzy ludzie. Cisza i  duzo wiecej przestrzeni  w porownaniu z  wioskami rumunskimi, a dookola niekonczace sie slonecznikowe pola. Po szybkiej przecince pod prad na autostradzie rozbilismy sie w romantycznym miejscu wypatrzonym przez Aldone, gdzie cien olbrzymich drzew dawal nam chlodne schronienie. Maszynka odzyla i slodka chwila zagoscila. Oboje stwierdzilismy zgodnie, ze spokoj i zyczliwosc Bulgarii bardzo nam odpowiada.

P.S. Serdecznie dziekujemy wszystkim, ktorzy zasilili nasz budzet paliwowy !!! :)




(29.06) Pranie i kapiele w gorskim potoku oraz dalsze chimery maszynki do gotowania opoznily nasz wyjazd. Wjazd na najwyzszy punkt trasy transfagaraskiej odbywal sie w niezlej ulewie. Na szczycie (ok 2100 m n.p.m) bylo bardzo zimno i pomimo cudnych widokow szybko pognalismy w dol. Owca Aldona byla bardzo szczesliwa, bo na swej drodze spotkala wielu znajomych. Po minieciu tamy naszym oczom ukazaly sie ruiny zamku Draculi, do ktorego zamierzalismy wejsc po niezliczonej ilosci schodow. Jednak gdy zatrzymalismy motor u podnoza duch hrabiego przegnal nas piorunami i tyle z naszych odwiedzin. Przejazdowi przez wioski na poludnie Rumunii towarzyszyl pelen folwark zwierzecy na ulicach. Aldonie bardzo podobaly sie domy rumunskie przystrojone olbrzymia iloscia pelargoni i obrosniete winoroslami oraz pogodne babunie  na laweczkach. Po krotkiej konwersacji z rumunskim motocyklista czekajacych na przejscie mega burzy zapakowalismy nasze obolale tylki na trampka i zaczelismy szukac miejsca na noc. W malej wiosce spotkalismy chlopca, ktory z entuzjazmem wskazal nam miejsce, gdzie stal tabor wozow cyganskich. Widok byl straszny i nasze przeczucie kazalo nam szukac dalej, co ostatecznie zaowocowalo rozbiciem sie na tylach stacji paliwowej tuz przed granica bulgarska. Niestety cala operacja wykonywana byla w deszczu. Ku uciesze Aldony jest toaleta z ciepla woda i suszarka do rak, czyli zestaw do mycia glowy :)




(28.06) Poranek spedzilismy w towarzystwie wedkarza, ktory przygladal sie naszej krzataninie. Dzisiaj zaczelo padac dopiero po poludniu. W Rumunii Aldona wypatrzyla swietne miejsce na obiad podczas deszczu - zadaszony oltarz przy kosciele. Niestety nasza maszynka benzynowa zaczela stroic focha i gotowanie bylo mocno utrudnione. Przeczekalismy najwiekszy deszcz, umylismy sie w kaluzy i dalej kontynuowalismy nasz przelot. W starym dworcu w Bradzie Aldona o malo co nie zamieszkala zachwycona jego klimatem. Tradycyjnie juz po ciemku zjechalismy na nocleg u podnoza gor Fagarskich, w ktorych szalala burza. Na szczescie nad nami bylo gwiezdziste niebo, a grzmoty nie przeszkadzaly nam w zasnieciu po tak dlugiej jezdzie.
 
1 , 2